Pierogarnia na Grunwaldzkiej. Wypada polecać [Polskie czyli Dobre]

O pierogach, współczesnej gastronomii i cenie za dobre jadło rozmawiamy z Bogusławem Wszelakim, właścicielem Pierogarnii przy ulicy Grunwaldzkiej.

– Wbrew pozorom wcale nie jest łatwo zjeść coś smacznego w lokalach gastronomicznych w Legnicy. Dlaczego?
– Rzeczywiście można z tym mieć trudności. Ale odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, jest bardzo złożona. Dlatego zastanawiam się coraz częściej czy gdzieś w pogoni za zyskiem, za pieniądzem nie zatracamy się? Może dochodzimy już do granic absurdu?

– Czy to oznacza, że w niektórych lokalach gastronomicznych oszczędza się na klientach?
– Tak. W wielu miejscach klientom proponuje się dania za zbyt niską cenę, ale jednocześnie są to potrawy o niższej jakości. Dam przykład – w lokalu, gdzie jest kilkanaście zup w menu trudno się spodziewać, że każda będzie świeża, że była dziś gotowana. Albo trudno się spodziewać, że dania mięsne będą pyszne jeśli półprodukty to mrożonki z resztek mięsa kupowanego w supermarketach, a takie obrazki niestety już w Legnicy widziałem. Rozumiem gastronomików, ale nie da się ponieść ceny za resztki i nie można tego robić.

– Jednak, właśnie takie lokale mają problemy, a konkurencja, która jest lepsza – jak wy – wykorzystuje to.
– To nie jest takie proste, bo my w Pierogarnii musimy kupić wiele produktów od rolnika na rynku, a żeby kupić smaczne mięso musimy go poszukać w hurtowniach u sprawdzonych handlowców. A to już drożej kosztuje, choćby dlatego, że benzyna nie jest przecież tania. A w konsekwencji nasze propozycje na stół nie są dla klienta już najtańsze.

– Ale za to chyba smaczne?
– Na pewno. Dlatego u nas w Pierogarnii po południu kończą się już dania z menu, bo wszystko się sprzedaje w ciągu dnia, bo gotujemy jak w domu żeby zjeść dziś wszystko na obiad, a nie jeszcze odgrzewać, zamrażać na tydzień. I z tego powodu wielu klientów przychodzi i najpierw się skarży, że nie ma już jakiegoś dania, choć jest dopiero godzina szesnasta, a kiedy im wytłumaczę dlaczego… widzę ich wiele razy później, gdy są już naszymi stałymi klientami, gdyż doceniają naszą politykę kulinarną. Dlatego, że jest po prostu domowa.

– Bywa też, że klienci czują się wręcz oszukani, gdyż w karcie widać inną cenę za danie niż rachunek jaki muszą zapłacić.
– To też niestety prawda. Są dania nawet za kilka złotych np. jajecznica za 4 złote, ale tylko z dwóch jajek, a jeśli chce się ją oczywiście zjeść z pieczywem i napić się herbaty trzeba już zapłacić kilkanaście złotych. To nie jest uczciwe ani promujące gastronomie. Podobnie jak sprzedaż na wynos, gdy klient chce zabrać coś do domu i musi dodatkowo zapłacić za opakowanie. My w Pierogarnii mówimy wtedy, że nie sprzedajemy opakowań, ale jedzenie i dlatego u nas nie płaci się za opakowania, a za dobre jedzenie.

– Czy sytuacja jest rzeczywiście tak zła?
– Niektórzy w walce o większy obrót są rzeczywiście gotowi posunąć się do skrajności, ale na szczęście nie wszyscy. Dlatego gastronomicy powinni się nad tym zastanawiać, czy to dobry kierunek? To także pytanie do klientów. Czy wybrać coś taniego czy droższego i naprawdę smacznego?

Rozmawiał Stanisław Celoch
Fot. Stanisław Celoch